Przyjazd do Chorzowa dużo mnie kosztował. I to nie chodzi o pieniądze, bo one odgrywały tu w sumie najmniejszą kwestię.
Stojąc na dworcu głównym w Krakowie już się potwornie bałam. O to, czy w ogóle mnie przyjmą, czy pomogą przetrwać najbliższe tygodnie... Fakt, rozmawialiśmy przez telefon, korespondowaliśmy ze sobą naprawdę często, ale co to ma się do tego, kiedy widzi się kogoś na żywo? W dodatku po tak długim czasie?
Wraz ze mną w przedziale siedziała młoda dziewczyna ze swoim chłopakiem. Rozmawiali, śmiali się... Wyglądali na moich równolatków.
Zazdrościłam im. Tej beztroski, tej radości... Od marca u mnie tak nie było. Fakt, ciąża w pewien sposób miała na to wpływ, bo często miewałam różnego rodzaju wahania nastroju... Jednakże w większości było to...niezbyt radosne. No ale mniejsza.
114 minut jazdy pociągiem. 114 minut rozmyślania. 114 długich i ciągnących się minut strachu przemieszanych z chorobą lokomocyjną, która lubiła o sobie mówić w najmniej oczekiwanych chwilach. Ta podróż nie należała do przyjemnych.
Po tych 114 minutach stawiałam swoje pierwsze nerwowe kroki na dworcu PKP w Chorzowie. Powiew świeżego powietrza mnie orzeźwił, cofnął też wszelkie mdłości... W przeciwieństwie do niepokoju związanego z przyjazdem tutaj. Czy dobrze robię, próbując się wpakować na głowę chrzestnym? Gdybym zrobiła to rodzicom, to zrobiliby wszystko, bylebym mogła skończyć te pieprzone studia. A dziecko? Mam wrażenie, że w ogóle by ono ich nie interesowało... Przecież byłoby utrudnieniem w spełnieniu ich ambicji.
Znalazłam się na postoju taksówek. Torba wisząca na ramieniu stała się nagle cięższa niż normalnie. Podeszłam do jednego ze stojących tam wozów, po czym spytałam się kierowcy, czy podwiezie mnie pod wskazany adres, a kiedy otrzymałam aprobatę, to usadowiłam się w pojeździe.
Kierowca trochę próbował mnie zagadać, jednakże byłam zbyt zdenerwowana, żeby bawić się w pogawędki. Mężczyzna był po pięćdziesiątce, łysiał, a reszta włosów była siwa. Pod nosem miał dorodnego wąsa, a jeszcze pod nim pogodny uśmiech. Dookoła piwnych oczu widać było większe zmarszczki związane z wiekiem oraz z uśmiechem.
- Panienkę co tu sprowadza? Bo widać, że nie stąd - zaśmiał się, zerkając w lusterko.
- Przyjechałam do wujostwa... I tak, nie jestem stąd.
- A można wiedzieć skąd?
- Okolice Krakowa - dziwnie się czułam, a z każdą chwilą było coraz gorzej. Skinął głową, nic nie mówiąc przez chwilę.
- Widzę, że panienkę coś trapi - oh, czyżbym miała to wymalowane na twarzy?
- Nie panienka, Iza poproszę - wysiliłam się na uśmiech, a kierowca pokiwał głową.
- Dobrze, Izo. Więc co Cię trapi? - czy mogłam zebrać się na tyle, żeby mu cokolwiek powiedzieć? Obcemu mężczyźnie? W sumie... Przecież nigdy go nie zobaczę... A chyba ten zawód wiąże się z tym, że dość często słucha różnych historii z życia swoich przewoźników...
- Jestem w ciąży, a gdy tylko mój chłopak się o tym dowiedział to... Pokazał swoją prawdziwą twarz.
Nic nie mówił, nie popędzał. Nie narzucał się. Ale miałam wrażenie, że mnie cały czas słucha.
- Z tego powodu musiałam przerwać studia. Skończyłam trzeci rok prawa, które było marzeniem moich rodziców, nie moim. Ale miałam predyspozycje i możliwości, aby na to pójść... I poszłam, choć tak naprawdę tego nie chciałam.
- A w Chorzowie znalazłaś się tylko dlatego, że...?
- Mam tu chrzestnych, tylko oni mogą mi pomóc. Rodzice nic nie wiedzą o ciąży, o tym, że ich ideał pokazał swoją prawdziwą twarz... Jeśli dowiedzieliby się o niej... Nawet nie chcę myśleć, jak mogłoby się to skończyć.
Milczeliśmy dłuższą chwilę. Nie wiem czemu, ale zrobiło mi się odrobinę lepiej, jak pokrótce opowiedziałam mężczyźnie swoją historię. Jednak rozmowa ma dobry wpływ.
- Taka młoda i musi się mierzyć z czymś takim... - pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Nikt nie mówił, że życie jest usłane różami - wzruszyłam ramionami. - Liczę, że nie będę z tym sama.
- Na pewno nie będziesz - uśmiechnął się po raz kolejny, przez co tym razem nie mogłam nie odwzajemnić tego gestu. - No! W końcu na tej pięknej twarzyczce pojawił się uśmiech.
Rozmowa zeszła na bardziej trywialne tematy. Pan Marek - znaczy się ten kierowca, który wiózł mnie do wujostwa - miał dwójkę dzieci, a tym zawodem trudził się od trzydziestu lat. A skoro powiedział, że zaczął jeździć w wieku 22 lat, to znaczyło że ma pięćdziesiąt dwa lata.
- Więc jesteśmy. Twoje wujostwo ma naprawdę ładny dom - zaśmiał się, a ja przekazałam mu odpowiednią kwotę za przejazd. Niewiele później staliśmy już przed samochodem, a kierowca przekazał mi torbę, której ciężar na powrót stał się normalny.
- Dziękuję, przekażę.
- Życzę Ci powodzenia, Izabelo - ścisnął mi rękę, a ja posłałam w jego stronę możliwie najszczerszy uśmiech. Marek wrócił na swoje miejsce i odjechał, a ja podeszłam do bramki i nacisnęłam przycisk na domofonie.
~ Halo? ~ odezwał się męski głos. Wujek Waldek.
- Dzień dobry, wujku, tu Iza. Pr...
~ Izunia moja! ~ wykrzyknął radośnie, a po tym bramka się otworzyła. Nadal czułam się w miarę pewnie, dlatego bez większych problemów szłam przez wielkie podwórze. Cieszył się na samą myśl o mojej wizycie. Ciekawe, jak wszystko będzie wyglądać później, kiedy pozna prawdziwą przyczynę...
Nie zdążyłam wejść na schody, a wuj już po nich zbiegał. Porwał mnie w swoje ramiona, i gdyby nie brzuszek, to zapewne bez niczego podniósł mnie do góry.
- A co to Ty tu... - niewiele się cofnął, aby mi się przyjrzeć. Na widok brzuszka otworzył szeroko usta. - Izunia?
- Możemy później o tym pomówić? Chcę się pocieszyć Twoim widokiem po... Pięciu latach?
- Obiecaj, że powiesz - wyciągnął paluszek, który schwyciłam. - No, teraz możemy iść.
Wziął ode mnie torbę i schwycił w pasie.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę, słoneczko.
zaczynamy!! losy Josha na obecną chwilę dobiegły końca, więc z czystym sercem mogę tu wrócić.
już z góry mówię, że to ff nie będzie długie ;)

Ten taksówkarz tak bardzo mi przypomina mojego tatę hahah taki gaduła :D no ale wracając bardzo fajny rozdział już chce kolejny !!! Pozdrawiam ;*
OdpowiedzUsuńTakich taksówkarzy to ja lubie :D
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny i pozdrawiam. ;*
Ah Ci taksówkarze XD Hehe. Gadulce jakich mało XD
OdpowiedzUsuńBardzo mi się podoba ten pierwszy rozdział i nie mogę się doczekać aż akcja się rozkręci XD
Czekam na dwójeczkę :*
Buziaki! :3
Melduję się!
OdpowiedzUsuńRozdział świetny, naprawdę bardzo fajnie mi się go czytało. Skąd ty bierzesz tyle pomysłów, co? ^^
Kurczę, takich taksówkarzy to trudno nie lubić :D Mówisz, że opowiadanie nie będzie długie... cóż, nie pozostaje mi zatem nic innego, jak czekać na rozwinięcie akcji, bo jestem pewna, że jeszcze wiele przed nami.
Weny życzę!
Buziaki :**
Tacy taksówkarze haha ;D No serio nie da się ich nie lubić ;D
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział <3
Dobrze, że przynajmniej oni ją przygarnęli ;)
Czekam ;)
Ah no i żeby wszyscy taksówkarze byli tak mili...:D
OdpowiedzUsuńRozdział zapowiada się jak zawsze super! Szkoda mi Izy, ale dobrze że chociaż wujostwo ją przygarnęło ;;
czekam nn <3
Nie wierzę, że aż tyle czasu zajęło mi zebranie się, aby tu wpaść (i przepraszam też, że mam zaległości u Josha i Leny...), a historia która wymyśliłaś wydaje się być świetna.
OdpowiedzUsuńBardzo mnie zaintrygowała ciąża Izy. To dosyć spore utrudnienie jak na sam początek opowiadania i ciesz mnie, że podjęłaś to wyzwanie, bo szczerze mówiąc nie mam pojęcia co się teraz wydarzy.
Bardzo podobała mi się ta rozmowa w taksówce. To było takie naturalne i zarazem odrobinę zabawne, bo jakby nie patrzeć Izie zebrało się na wyznania taksówkarzowi :D
Czekam ze kolejny rozdział, życzę weny i pozdrawiam ;*